Przejdź do głównej zawartości

Warmiński szyk



Jak tylko mocniej zaczyna świecić słońce, moja dusza ogrodnika zaczyna kombinować, jak tu wybyć za miasto. Ale nie gdzieś tam, tylko w konkretne miejsce. Tam, gdzie posadziłam dziesiątki drzew, pieląc rabatki znalazłam łyżeczkę z napisem Breslau i wiem, gdzie latem rosną najsłodsze dzikie wiśnie z poniemieckiego sadu. Na samym „czubku” Warmii, jest niewielka wieś, którą dzisiaj stanowi zaledwie dziewięć domów rozłożonych malowniczo raz w dołku, raz na górce. Ale kiedyś była to całkiem okazała Schalmey, z pięknym kościołem św. Jerzego. Teraz mieszkają na jego ruinach zaskrońce z mojego ogrodu, które „delikatnie wyprowadziłam” ze względu na ciekawskiego kota.

Wieś, choć badacze nie rozpisują się o niej zbytnio w książkach, ma historię imponującą. Była jedną z najstarszych na Warmii. Podzieliła los wielu takich miejsc, których czas skończył się wraz z 1945 rokiem. Nie zostało prawie nic. Tym bardziej cieszy mnie widok „naszej” kapliczki, w której co wieczór, dzięki sąsiadowi, widać światełko. Kapliczka jest na wielu rodzinnych zdjęciach, i choć nieco gubi kolor, a tu i ówdzie odpada z niej tynk, to trzyma się dzielnie (ma już swoje sto lat z haczykiem!).

Słyszałam od starszych niejedną historię, o mitycznej, zakopanej nieopodal kapliczki „wannie z pierścionkami”, a nawet ukrytych w niej skarbach niemieckiej rodziny uciekającej na Zalew przed Armią Czerwoną. Choć rosną przy niej stare modrzewie, to w pobielonej niszy, w latach 60-tych ustawiono niewielką gipsową Maryjkę, która, jak twierdzi wuj, „była sobie na strychu”. Wcześniej kapliczka podobno stała pusta. Tym większą frajdę miałam, kiedy oglądając płytę z archiwum królewieckiego znalazłam fotografię, na której „nasza” kapliczka ma oryginalny ceglany wygląd (i pokazuje swój „neogotycki szyk”), a w środku stoi piękna rokokowa rzeźba z drewna.
Gdyby i was skusiło podglądanie przedwojennego regionu, płytę z mnóstwem starych zdjęć z regionu znajdziecie w zbiorach biblioteki na Starówce.

Anita

Fot. A. Romulewicz, 2007 rok. W zbiorach WBP w Olsztynie.

Fot. Anton Ulbrich, ok. 1904/1909 roku. 
Źródło: „Prusy Wschodnie - dokumentacja historycznej prowincji”,
Warszawa [2006]. Ze zbiorów WBP w Olsztynie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Faworki czy chrust?

Zapytano mnie ostatnio czy na Warmii jadano faworki czy chrust. Sądząc z zachowanych opisów etnograficznych częściej spotykaną nazwą są faworki. Samo słowo ma ciekawą etymologię. W języku angielskim favor oznacza łaskę, przychylność (co z kolei nasuwa skojarzenia z zabieganiem w okresie zapustnym na Warmii o pomyślność w przyszłorocznych plonach). W języku francuskim faveur ma dodatkowe znaczenie – odnosi się do wąskiej wstążki. Chrust do słowo polskie i odnosi się do suchych gałązek albo gęstych zarośli. Wyraźnie tłumaczy to istotę słodkich chruścików. Ponieważ jednak badań językoznawczych na ten temat na Warmii nikt nie zrobił, kwestia faworki czy chruściki pozostanie jak na razie nierozstrzygnięta. Tymczasem jedno jest pewne - słodkie, smażone wyroby w kształcie zawiniętego ciasta, podobnie jak pączki, tradycyjnie robiono w czasie ostatków i kojarzą się nam dzisiaj z Tłustym Czwartkiem. W mojej rodzinie (trzecie pokolenie na Warmii) nazywaliśmy je po prostu chruścikami, choć r...

Kurpiowsko-mazurskie fafernuchy

W kilku książkach o tradycjach kulinarnych Warmii i Mazur znalazłam informacje o fafernuchach – niemożliwie twardych ciastkach w charakterystycznym kształcie kopytek, będących świetnym dodatkiem do… wódki. Kurpiowsko-mazurskie łakocie Jednym tchem wymienia się je z innymi daniami o dziwnych nazwach jak dzyndzałki, farszynki czy karmuszka. Nie świadczy to jednak o tym, że owe fafernuchy wyszły z kuchni dawnych Warmiaków albo Mazurów. Jak się przekonałam, nadal współczesnym mieszkańcom naszego województwa pozostają dość obce. Słusznie natomiast łączy się je z Kurpiami i ich dziedzictwem kulinarnym. Ciekawie na ich temat pisze autor bloga Weganon. Warto jednak tylko zastanowić się czy faktycznie ciacha przywędrowały z Mazur na Mazowsze, czy może odwrotnie. Biorąc pod uwagę skąd pochodzą sami Mazurzy, kierunek przenikania się kultur może być zaskakujący i nieoczywisty.  Pieprzowe ciasteczka Sama nazwa tych „pogryzajek” pochodząca z niemieckiego „pfefferkuchen” może też...

Sekretne życie zwierząt, czyli z wizytą w Kosewie Górnym

  Jeśli lubicie wypoczywać na łonie natury, mam dla was propozycję na weekend: rodzinną wycieczkę do Kosewa Górnego na fermę jeleniowatych, która działa w ramach Stacji Badawczej Instytutu Parazytologii Polskiej Akademii Nauk. Oprócz działalności naukowej stacja realizuje również misję edukacyjną, organizując spacery z przewodnikiem po wybiegach dla zwierząt oraz wydając publikacje. Zwiedzający mogą oglądać w warunkach zbliżonych do naturalnych trzy gatunki jeleniowatych: jelenie szlachetne, azjatyckie jelenie sika oraz daniele. Przewodnicy, którymi są pracownicy stacji, opowiadają wiele ciekawych szczegółów z życia swoich podopiecznych i chętnie odpowiadają na wszelkie pytania zwiedzających, prostując przy tym wiele mylnych wyobrażeń laików. Największą atrakcją, zwłaszcza dla najmłodszych uczestników spacerów, są spotkania z oswojonymi osobnikami, które – wychowane przez pracowników stacji – nie boją się ludzi i chętnie do nich podchodzą. Podczas mojego pobytu na fermie przez wi...