Przejdź do głównej zawartości

Rycerz prosto z piekarnika


Dzisiaj polecam dwie powieści dla młodzieży, które łączy wspólny mianownik - pokazują niełatwe relacje przedstawicieli różnych pokoleń żyjących pod jednym dachem. W obu znajdziecie rozmaite emocje, które być może towarzyszą Wam teraz (jeśli jesteście właśnie nastolatkami), albo pamiętacie z nieodległej przeszłości (jeśli nastolatkami już nie jesteście). Są tu więc uniesienia serca i poczucie zagubienia, manifestacja niezależności i poszukiwanie bliskości, foch forever i przytulasy na zgodę. Prawdziwa młodzieńcza schizofrenia. A wszystko to po sąsiedzku, bo na Mazurach. Tylko co robi rycerz w piekarniku w domu Goździckich? Sami sprawdźcie. Oto dwa słowa ode mnie o książkach: 

Agnieszka Tyszka, Kredens pod Grunwaldem, Łódź 2012, Wydawnictwo Akapit Press.
Z pożaru w domu babci Bibianny ocalał stary kredens. Nieco osmolony, ale w jeszcze dobrym stanie trafia do domu Goździckich. Niedługo potem dołącza do rodziny także i Bibianna, winowajczyni całego zamieszania. Konieczność zaopiekowania się seniorką początkowo zdaje się być dla wszystkich wyłącznie utrapieniem. Jednak obecność osoby ciepłej, łagodnej i bogatej wewnętrznie przynosi ostatecznie ratunek dla oddalających się od siebie członków rodziny, szczególnie zbuntowanej nastoletniej Kornelii. „Kredens…” to zabawna opowieść o przerzucaniu międzypokoleniowych mostów i ciepła lekcja tolerancji dla wszystkich, niezależnie od wieku.

Marcin Rabka, Liście, Będzin 2013, Wydawnictwo E-bookowo, A3M.
Do wsi Stary Las na Mazurach, położonej gdzieś między Olsztynem a Ełkiem, przybywa nastoletnia Katarzyna. Rozmarzona, „z poezją w sercu”, niczym Ania z Zielonego Wzgórza, trafia pod czułą opiekę Elżuni i Alberta Korzonków – rodzeństwa na emeryturze. „Liście” to nowoczesna baśń, w której bohaterowie dzielą się na tych dobrych, wartych naśladowania oraz tych złych…, którym trzeba pomóc. Ta nieco naiwna, utrzymana w klimacie „retro” powieść przypadnie do gustu miłośnikom klasyki młodzieżowej, ale i wrażliwym nastolatkom poszukującym swojego miejsca.
Anita

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Faworki czy chrust?

Zapytano mnie ostatnio czy na Warmii jadano faworki czy chrust. Sądząc z zachowanych opisów etnograficznych częściej spotykaną nazwą są faworki. Samo słowo ma ciekawą etymologię. W języku angielskim favor oznacza łaskę, przychylność (co z kolei nasuwa skojarzenia z zabieganiem w okresie zapustnym na Warmii o pomyślność w przyszłorocznych plonach). W języku francuskim faveur ma dodatkowe znaczenie – odnosi się do wąskiej wstążki. Chrust do słowo polskie i odnosi się do suchych gałązek albo gęstych zarośli. Wyraźnie tłumaczy to istotę słodkich chruścików. Ponieważ jednak badań językoznawczych na ten temat na Warmii nikt nie zrobił, kwestia faworki czy chruściki pozostanie jak na razie nierozstrzygnięta. Tymczasem jedno jest pewne - słodkie, smażone wyroby w kształcie zawiniętego ciasta, podobnie jak pączki, tradycyjnie robiono w czasie ostatków i kojarzą się nam dzisiaj z Tłustym Czwartkiem. W mojej rodzinie (trzecie pokolenie na Warmii) nazywaliśmy je po prostu chruścikami, choć r...

Kurpiowsko-mazurskie fafernuchy

W kilku książkach o tradycjach kulinarnych Warmii i Mazur znalazłam informacje o fafernuchach – niemożliwie twardych ciastkach w charakterystycznym kształcie kopytek, będących świetnym dodatkiem do… wódki. Kurpiowsko-mazurskie łakocie Jednym tchem wymienia się je z innymi daniami o dziwnych nazwach jak dzyndzałki, farszynki czy karmuszka. Nie świadczy to jednak o tym, że owe fafernuchy wyszły z kuchni dawnych Warmiaków albo Mazurów. Jak się przekonałam, nadal współczesnym mieszkańcom naszego województwa pozostają dość obce. Słusznie natomiast łączy się je z Kurpiami i ich dziedzictwem kulinarnym. Ciekawie na ich temat pisze autor bloga Weganon. Warto jednak tylko zastanowić się czy faktycznie ciacha przywędrowały z Mazur na Mazowsze, czy może odwrotnie. Biorąc pod uwagę skąd pochodzą sami Mazurzy, kierunek przenikania się kultur może być zaskakujący i nieoczywisty.  Pieprzowe ciasteczka Sama nazwa tych „pogryzajek” pochodząca z niemieckiego „pfefferkuchen” może też...

Sekretne życie zwierząt, czyli z wizytą w Kosewie Górnym

  Jeśli lubicie wypoczywać na łonie natury, mam dla was propozycję na weekend: rodzinną wycieczkę do Kosewa Górnego na fermę jeleniowatych, która działa w ramach Stacji Badawczej Instytutu Parazytologii Polskiej Akademii Nauk. Oprócz działalności naukowej stacja realizuje również misję edukacyjną, organizując spacery z przewodnikiem po wybiegach dla zwierząt oraz wydając publikacje. Zwiedzający mogą oglądać w warunkach zbliżonych do naturalnych trzy gatunki jeleniowatych: jelenie szlachetne, azjatyckie jelenie sika oraz daniele. Przewodnicy, którymi są pracownicy stacji, opowiadają wiele ciekawych szczegółów z życia swoich podopiecznych i chętnie odpowiadają na wszelkie pytania zwiedzających, prostując przy tym wiele mylnych wyobrażeń laików. Największą atrakcją, zwłaszcza dla najmłodszych uczestników spacerów, są spotkania z oswojonymi osobnikami, które – wychowane przez pracowników stacji – nie boją się ludzi i chętnie do nich podchodzą. Podczas mojego pobytu na fermie przez wi...